VIII
- Było już ciemno! Mogło się wam coś stać!
Już od ponad 20 minut siedziałyśmy z Nikolą w gabinecie dyrektora. Jak się okazało, nie byłyśmy jedynymi osobami, które się spóźniły. Kilka minut po nas dołączyła grupka osób z ostatniej klasy. Przez nich kazanie dyrektora trwało o wiele dłużej, bo miał zwyczaj mówić o każdym z osobna. Tak więc musieliśmy siedzieć tam i słuchać jego monotonnego gderania. Kilka razy próbowałam mu przerwać, żeby się wytłumaczyć lecz dałam sobie spokój, gdy Nikola dała mi do zrozumienia, że przez to będziemy tu siedzieć jeszcze dłużej. Spojrzałam na zegarek. Było wpół do 22. Ile ten typek może gadać? - pomyślałam. Ukradkiem spojrzałam w stronę, drugiej zajętej kanapy i zauważyłam, że jeden z chłopaków przysypia. Chciałam coś zrobić, żeby dyrektor tego nie zobaczył i próbowałam dyskretnie dać znak innym, żeby go obudzili. Na szczęście nie musiałam tego robić, bo sami zauważyli. Ocknął się dopiero jak jakaś dziewczyna uderzyła go łokciem w żebro. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy dyrektor zakończył swoją przemowę.
- Jest już bardzo późno. Wasz szlaban zacznie się od jutra. Przyjdźcie do mnie po śniadaniu, przydzielę wam zadania. Możecie iść.
Zanim jeszcze wyszłam z gabinetu pożegnałam się z Nikolą. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłam. Miałam ochotę z nią porozmawiać o tym co się działo, ale jakaś mała cząstka mnie chciała zostać sama, żeby przemyśleć spotkanie z Olą.
- Okropność. - mruknęłam do siebie, trzaskając drzwiami.
- Co jest takie okropne?
Prawie podskoczyłam. W pokoju było tak ciemno, że wcześniej nie zauważyłam Mateusza. Podeszłam do włącznika, żeby zapalić światło.
- Nie ma prądu. - powiedział ponuro.
- Jak to? Przecież dosłownie przed chwilą był!
- No przed chwilą tak, ale otworzyłaś drzwi z takim impetem, że aż się ciebie wystraszył.
Spojrzałam na niego spode łba, ale nie jestem pewna czy to zobaczył.
- Więc? Co jest takie okropne? Bo jeżeli o mnie chodzi to przyznam, że to tylko pozory.
Prychnęłam.
- Mam szlaban za to, że się spóźniłam aż trzy minuty! - powiedziałam sarkastycznie.
- Było pilnować czasu.
- Och, cóż za wrażliwość! - rzuciłam złośliwie.
- A co mam ci powiedzieć? - zapytał, po czym dodał piskliwym głosem - Ojej, Karinko! Oni są dla ciebie tacy niedobrzy i niesprawiedliwi! Nie wiem co by ci dało takie kłamstwo.
-Hmm... No nie wiem, może by mnie pocieszyło?
- Nie wyglądasz na taką biedną dziewczynkę, którą trzeba pocieszać.
- Tak, najlepiej się na mnie wyżywać! - krzyknęłam do drzwi, a którymi zniknął, po czym odwróciłam się i poszłam do siebie - Wspaniały dzień, nie ma co!
Przysiadłam na łóżku i zaczęłam się zastanawiać co ja mu takiego zrobiłam. Na myśl przyszło mi tylko spotkanie w bibliotece, ale to by było śmieszne, gdyby się złościł o to. Poszłam spać w podłym nastroju.
Gdy rano się obudziłam mój gniew dalej się utrzymywał. Próbowałam przypomnieć sobie mój sen. Było w niem dużo ognia, panika i... Zastanowiłam się. Przecież chyba nie śnił mi się diabeł? A może? Potrząsnęłam głową, jakbym chciała wyrzucić te myśli z głowy i zaczęłam się szykować do śniadania. Przy stoliku zastałam Nikolę z kubkiem kawy w ręce. Wyglądała, jakby w nocy nie zmrużyła oka.
- Hej! - przywitałam ją - Co taka zmęczona?
- Po prostu poszłam późno spać.
- Aha, a pod...
- Nie wypytuj mnie o nic, jasne? - wybuchnęła, nie dając mi dokończyć.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
- No dobra, dobra, przepraszam. Chciałam tylko poprosić o marmoladę, ale mogę ją wziąć sama.
- Nie, - powiedziała po chwili - nie, to ja przepraszam. Ciężko mi dzisiaj nad sobą panować, pokłóciłam się z Łukaszem i... - urwała nagle w połowie słowa i zajęła się swoją kawą - Nieważne. - dodała pochylając twarz, na której dostrzegłam łzy.
- Nikola, słucha, pewnie za niedługo... - chciałam ją pocieszyć, ale ona mnie uciszyła nie wiadomo dlaczego - Ale ja przecież...
Ponownie nie udało mi się dokończyć zdania lecz tym razem może i lepiej, że tak się stało, bo w tym momencie do stołu usiadł Łukasz. Zapanowała niezręczna cisza, przerywana tylko pobrzdąkiwaniem sztućców o talerz. Nie mogąc dłużej tego znieść, odstawiłam szklankę z sokiem i wyszłam dowiedzieć się jak mam odpracować szlaban. Kiedy usłyszałam co mam robić, na początek pomyślałam, że to szczególnie nieudany żart. Że niby miałam pielęgnować ogródek?!
- No ale... przecież... - zawahałam się - od tego jest ogrodnik.
- Którym w tym tygodniu będziesz ty.
- No ale...
- Koniec dyskusji! Po lekcjach dostaniesz klucz do domku ogrodnika. Masz podlać kwiaty i obciąć krzewy.
Stałam tam, nie mogąc się poruszyć. Czekałam, aż powie "żart!" i da mi jakąś normalną karę, nie wiem, może coś do napisania? Ruszyłam się dopiero, gdy dyrektor powtórzył, że mam iść na lekcje. Poszłam po książki i udałam się na historię. Czas - jakby wiedząc o moim szlabanie - zaczął płynąć nienaturalnie szybko. Kolejne godziny mijały nie wiem kiedy. Kiedy skończyły się lekcje, nie mogłam uwierzyć w swojego pecha. Było zadane tak dużo, że pospiesznie zjadłam obiad i poszłam do ogródka, bojąc się, że nie zdążę wszystkiego zrobić. Miałam nadzieję, że pies będzie przywiązany. Nawet się o to modliłam, bo jakoś nie miałam ochoty uciekać przed nim przy wszystkich. Kiedy doszłam do ogródka, odetchnęłam z ulgą. Zobaczyłam Barry'ego przywiązanego grubym łańcuchem do budy. Poszłam do domku, wyjęłam z kieszeni klucz i otworzyłam drzwi. Inaczej wyobrażałam sobie to pomieszczenie. - pomyślałam.Była to nieduża izba, w której znajdowały się nie tylko narzędzia, ale i także jakieś zioła, nasiona, zbiory. Nie zdziwiłoby mnie to tak, gdyby nie ten bałagan. Chyba żadna rzecz nie była na swoim miejscu. Żeby wziąć sekator musiałam go najpierw wypatrzeć, a potem zająć się stertą narzędzi, które na nim leżały. Gdy już się z tym uporałam, wyszłam na zewnątrz i zaczęłam przycinać niski żywopłot okalający ogródek. Co chwilę przechodziły tędy różne osoby. Większość nie zwracała na mnie uwagi, ale zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć stłumiony chichot. Ja jednak nie zamierzałam przerywać pracy przez to.
- Patrzcie no, dziewczyny! Karina nareszcie znalazła zajęcie godne jej poziomu! - usłyszałam dziewczęcy głos. Natychmiast podniosłam głowę i zobaczyłam Sarę z jej koleżankami - Chociaż, czy ja wiem? Powiedz, ile ci stary Kaponowski płaci za strzyżenie jego kochanego żywopłotu? - spojrzała na wynik mojej pracy - Chyba niezbyt dużo, sądząc po tym jak to wygląda. - rzuciła na mnie okiem - Co się obijasz? Do roboty!
Nie wiedziałam cop jej na to odpowiedzieć, więc od razu zabrałam się do roboty, co wywołało u nich śmiech. Miałam wielką ochotę odgryźć się jej, ale nie miałam odwagi. Patrzyłam jak powoli odchodzą w stronę szkoły.
- Nie mogłaś w nią czymś rzucić? - usłyszałam za sobą głoś Mateusza - Wtedy na pewno już by się tak nie szczerzyła.
- Jak ty to zrobiłeś? - wymsknęło mi się zanim ugryzłam się w język.
- Ale co?
- Nawet nie usłyszałam kiedy się za mną znalazłeś!
Wzruszył ramionami.
- W sumie to nie wiem. Chyba od zawsze to umiem. - spojrzał na moje ręce, które męczyły się z wystającymi gałązkami - Coś ci słabo idzie.
- To może chcesz mi pomóc?
- A gdzie tam! Ja tylko po psa przyszedłem.
- Ale chyba go nie spuścisz z tego łańcucha? - spytałam z lekką paniką w głosie.
- Spuszczę, ale przecież dopóki nie chcę, to cie nie zaatakuje. Słucha się mnie. - dodał zauważywszy mój pytający wzrok.
- No, powiedzmy, że ci wierzę.
Ruszył w stronę budy, a ja przypomniałam sobie coś, o co miałam go zapytać.
- Mateusz! - zawołałam i zaczekałam, aż się odwróci - Za co byłeś na mnie taki zły?
Zmarszczył brwi, jednak po chwili odpowiedział niewinnym głosem:
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. - po czym odpiął psa.
Praca szła mi mozolnie, jednak im dłużej j.ą wykonywałam, tym ładniej przycinałam żywopłot. Po skończeniu przyjrzałam się mu krytycznie. Do fachowego wyglądu, jaki osiągał po obcinaniu przez ogrodnika brakowało dużo, ale straszny też nie był. Pozostało mi już tylko podlanie kwiatów co - mam nadzieję - wyszło o wiele lepiej. Po odłożeniu konewki, zamknęłam drzwi i odniosłam klucz. Bardzo chciałam odpocząć na dworze, ale musiała wziąć się za lekcje, co przyszło mi z wielkim trudem. Siedziałam nad książkami do późnego wieczora, rozwiązując zadania. Po skończeniu usiadłam przy oknie, zastanawiając się, kiedy dostanę list od Sandry. Może go w ogóle nie dostanę? - rozmyślałam - Ale przecież wytłumaczyłam jej w moim liście czemu (jeśli dzwoniła) nie odbierałam telefonu. Siedząc tak, nagle coś przykuło moją uwagę. Ściślej mówiąc ktoś, a nawet dwa ktosie. Nie mogłam rozpoznać czy te osoby to chłopacy czy dziewczyny. Były za daleko, na dodatek miały kaptury na głowach. Niosły jakąś skrzynkę. Nie miałam pojęcia co to mogło być. Postacie te postawiły ją w takie miejsce, że z ziemi nie było jej widać i odeszły. Miałam wielką ochotę zobaczyć co tam jest, ale nie uważałam tego za dobry pomysł. Ciekawość jednak dała górę nad rozsądkiem i cicho udałam się w tamto miejsce. Na dworze robiło się coraz ciemniej. Kilkanaście metrów od kryjówki zobaczyłam jakąś postać. Spróbowałam się wycofać, ale na próżno.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał Mateusz.
- A ty?
- Odprowadzam Barry'ego - wskazał na warczącego psa siedzącego pod drzewem - Barry, cicho!
- Widziałeś tamte dwie postacie?
- Jakie?
- Te co przyniosły tę skrzynię. - wskazałam na skrytkę - Na pewno ją zauważyłeś.
- Tak, widziałem. - odetchnął.
- Trzeba o tym powiedzieć!
- Myślisz?
- Tak! Nie wiadomo co tam jest! I lepiej nie patrzeć!
- To jak chcesz o tym powiedzieć?
Zająknęłam się. O tym nie pomyślałam.
- Dobra, wracaj na kolację. Ja przywiążę psa i poinformuję o niej dyrektora.
- Jasne, dzięki.
Nie byłam głodna. Nie umiem wytłumaczyć czemu. Na obiedzie przecież prawie nic nie zjadłam. Tak czy siak odpuściłam sobie kolację i udałam się do pokoju.