wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział 2

II




     Pociąg się spóźniał. Od dobrych 10 minut spoglądałam na tory, jednak nie było widać świateł maszyny. Zrezygnowałam z wypatrywania i usiadłam na ławce. Byłam niewyspana. Żałowałam, że rano miałam herbatę zamiast kawy. Teraz było mi ciężko utrzymać się na nogach. Spojrzałam na telefon. Mimo że pisałam przyjaciołom, a właściwie to przypominałam, że dzisiaj wyjeżdżam nikt mi nie odpowiedział. Poczułam chłód, który nie był związany z zimnem panującym na peronie. A może oni mnie tak naprawdę nie lubią? - myślałam - Może po prostu udawali? Po chwili zdałam sobie sprawę z niedorzeczności tych myśli. Gdyby mnie nie lubili to nie spędzaliby ze mną tyle czasu. Z resztą, to jest ostatnia niedziela wakacji. Kto normalny by co chwila sprawdzał telefon? Nagle na peronie nastąpiło poruszenie, co wyrwało mnie z myśli. Okazało się, że nadjeżdża pociąg. Momentalnie zrobił się ogromny tłum. Zdałam sobie sprawę, że może być ciężko znaleźć miejsce. Starałam przepchać się jak najbliżej do przodu, abym mogła zająć sobie dwa miejsca w razie, gdyby zachciało mi się spać. Kiedy udało mi się wsiąść do pociągu z przykrością zauważyłam, że wszystkie miejsca są już zajęte. Miałam nadzieję, że w innym wagonie uda mi się znaleźć odpowiednie miejsce. Los mi sprzyjał, bo okazało się, że ostatni jest prawie pusty. Siedziało w nim tylko kilka osób. Od razu rozłożyłam się na dwóch siedzeniach i założyłam słuchawki na uszy. Byłam bardzo zmęczona, jednak za wszelką cenę próbowałam nie usnąć. Musiałam przecież dać bilet do skasowania. Na moje szczęście facet przyszedł kilkanaście minut po odjeździe i mogłam się zdrzemnąć.
     Obudził mnie kobiecy głos informujący o miejscu, w którym się znajdujemy. Nie zrozumiałam co mówiła, a zanim otworzyłam oczy stacja już była daleko za nami. Westchnęłam. Chciałam wiedzieć gdzie mniej więcej się znajduję. Fakt, nie jestem mistrzynią z geografii, ale coś jednak tam wiem. Spojrzałam na okno. Krajobraz bardzo się zmienił. Kiedy ostatni raz przed snem patrzyłam było widać wiele małych miasteczek, teraz była tylko las. To mi wiele nie pomogło. Pomyślałam o miejscu, w którym znajduje się szkoła. Siekierki. Nie podobała mi się nazwa tego miasta, ale może po prostu byłam przewrażliwiona. W końcu uwielbiałam oglądać horrory! Nagle moją uwagę przykuł głos wydobywający się z głośników: "O 16:30 przystanek w Siekierkach!" Spojrzałam na godzinę, było po 16. Jeszcze kilkanaście minut i będę na miejscu - pomyślałam. Coraz bardziej zaczynałam się martwić. Zupełnie nie wiedziałam dlaczego! Owszem, nie byłam odważna jak ci wszyscy superbohaterowie z bajek, ale nie mogło być aż tak źle. Teraz to już wiedziałam, że w wakacje przesadziłam z horrorami.
     Kiedy pociąg się zatrzymał, wysiadłam i zastanowiłam się co dalej. Nie znałam tego miasta. Niby jak miałam znaleźć szkołę? Kątem oka dostrzegłam mały sklepik. Wpadł mi do głowy pewien pomysł i choć ludzie mogli mnie uznać za idiotkę, postanowiłam go zrealizować. Gdy tylko weszłam do środka znikąd pojawił się przy mnie sprzedawca.
     - Coś podać, panienko?
- Hmm... Potrzebuję dotrzeć do pewnego miejsca, ale nie znam tego miasta, dlatego potrzebuję mapę. - po chwili uświadomiłam sobie, że niepotrzebnie się tłumaczę - O ile taką tutaj znajdę.
     Sprzedawca namyślił się.
- Pewnie, że jest, ale może zamiast niej wytłumaczę pani drogę? To nie jest duże miasto i raczej trudno się w nim zgubić. 
- Mm... Nie, dziękuję. Chyba jednak wolę mapę.
- W takim razie zapraszam do kasy.
     Po wyjściu ze sklepu zauważyłam, że bez problemu mogę przejrzeć się w jego szklanym oknie. Musiało być skonstruowane na podobieństwo lustra. Obejrzałam siebie. Wyglądałam okropnie! Ubrania przez moją drzemkę bardzo się pogniotły, a włosy roztrzepały. Musiałam znaleźć gdzieś toaletę, bo w takim stanie nie mogłam się przecież pokazać. Rozejrzałam się i spostrzegłam tabliczkę wskazującą cel moich poszukiwań. Udałam się w tamtą stronę. Od razu po wejściu skierowałam się do lustra. Wyglądałam gorzej niż sądziłam. Jakbym kilka dni spędziła w lesie. Szybko przebrałam się w kabinie po czym przemyłam twarz wodą z kranu. Przyjrzałam się swojemu odbiciu. Te kilka godzin snu prawie nic nie dały. Moje oczy dalej były tak zapuchnięte, że ledwo było widać ciemnoniebieskie tęczówki. Po lekkim ogarnięciu twarzy przyszedł czas na włosy. Były długie, ale cienkie przez co łatwo się plątały. Kiedy i z nimi sobie poradziła jeszcze raz się przejrzałam. Ujdzie - pomyślałam i wyszłam. Rozłożyłam mapę i poszukałam nazwy Złoty Akademik. Znalazłam ją po drugiej stronie miasta. Westchnęłam. i ruszyłam w tamtą stronę. Po drodze rozglądałam się naokoło. Tutejsze budynki były śliczne! Nie wiedziałam w jakim stylu były budowane, ale byłam pewna, że od teraz jest to mój ulubiony. Dotarłam do miejsca znalezionego na mapie. Był to ogromny budynek ogrodzony przez wysoki murek. Wydawał mi się ładny, ale nie widziałam go dobrze, bo przed nim znajdowało się dużo zielonego terenu: ogródek, staw, mały las i wiele innych. Zauważyłam, że szkoła znajduje się jakby trochę poza miastem, chociaż... może to było moje złudzenie. Nie widziałam przy bramie żadnego dzwonka, więc chciałam zadzwonić do rodziców co mam zrobić. Tylko nie pomyślcie sobie, że jestem jakimś tam maminsynkiem czy coś!Byłam wtedy trochę rozkojarzona. Już chciałam wybierać numer, ale zauważyłam, że nie mam zasięgu. Zdecydowałam się wejść. Rozglądałam się na boki. Na dworze były bardzo ładnie. Kiedy podeszłam pod drzwi zdałam sobie sprawę, że nie wiem co zrobić. Stałam przed wejście i się wahałam. Obejrzałam się do tyłu i wystraszyłam tak, że aż się zachwiałam. Za mną stała jakaś dziewczyna, nawet nie słyszałam jak przyszła! Zaśmiała się cicho.
- Cześć, jesteś tu nowa, prawda? Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam.
- Tak. - odpowiedziałam. Dalej byłam trochę zdezorientowana jednak kiedy dziewczyna podniosła brwi dodałam lekko zawstydzona - To znaczy, jestem tu nowa i nie wiem gdzie mam teraz iść.
- Chętnie ci pokażę. Chodź za mną - musiałam ją dogonić, bo była już w środku budynku - Tak w ogóle to jestem Nikolka. Pewnie jeszcze nie wiesz co i jak wiec zaprowadzę cię do dyrektora. Nie martw się, - dodała widząc moją minę - po prostu ci wszystko wytłumaczy.
     W momencie skończenia zdania zatrzymała się i zapukała do jakiś drzwi. Odpowiedział jej jakiś głos. Nie zrozumiałam co powiedział, jednak musiał nas zaprosić, bo Nikola weszła do pokoju i pociągła mnie ze sobą. Coś, co uważałam za pokój okazało się gabinetem dyrektora. Był bardzo ładnie urządzony. Tak na oko w XIX-to wiecznym stylu. Była tam duża szafa, stolik, sofa, biurko oraz kilka innych rzeczy. Na ścianie naprzeciwko wejścia wisiało godło szkoły - Lecący sokół. Było piękne. Przeniosłam wzrok na osobę siedzącą za biurkiem. Pewnie to dyrektor - pomyślałam. Wyglądał na faceta około pięćdziesiątki. Miał miłe rysy twarzy i lekko siwiejące włosy.
- Słucham Nikolo. Kto to taki? - zapytał. Tak jak się spodziewałam głos miał głęboki, ale przyjazny.
- To jest nowa uczennica... - zająkła się - Nawet nie spytałam się o imię. - powiedziała do mnie.
- Jestem Karina Świednicka. Dopiero przyjechałam i w ogóle się w niczym tutaj nie orientuję.
     Dyrektor spojrzał na kartkę leżącą na samej górze stosu dokumentów.
- Ach tak. Faktycznie - zacmokał - Nikolo, znajdź Gosię i powiedz je, że ją wołam.
- Tak jest! - odpowiedziała po czym wyszła.
- Tak więc Karino, witaj w Złotym Akademiku. Mam nadzieję, że spodoba ci się w naszej szkole. Czy wybrałaś na jakim profilu będziesz?
- Nie, ponieważ... - zastanowiłam się jak to ująć - wiadomo mi było, że wszyscy mają te same zajęcia tylko z podziałem na klasy. Jak w gimnazjum.
- To prawda, tyle że po prostu wybierając profil będziesz miała dodatkowe lekcje pod ten kierunek.
- Rozumiem. Czy mogę wiedzieć jakie są profile?
     Dyrektor tłumaczył mi spokojnie każdy z nich. Zaczęło mi się trochę to wszystko mieszać, ale w końcu zdecydowałam się na sportowy.
- Mało dziewcząt wybiera właśnie to. Jesteś pewna?
- Oczywiście.
- A więc dobrze. Gosia pokaże ci pokój - wskazał na dziewczynę, która właśnie weszła - i odpowie na twoje pytania. To ona pilnuje piętna, na którym jest twój pokój.
- Chodź. - zawołała za mną - Chcesz o coś zapytać?
     Pomyślałam chwilę. Było tyle pytań, których nie zdążyłam zadać. Zdecydowałam się na jedno.
- Dlaczego jestem na drugim roku? Dopiero w przyszłym roku będę miała 17 lat.
- Tutaj jest troszkę inaczej. 1 klasa zaczyna się na ostatniej klasie gimnazjum.
- Nienormalne. - spojrzałam na telefon. Nadal nie miałam sieci, do tego zaczął się zacinać.
- Nie będzie ci tutaj działał.
- Co?
-Telefon. W szkole nie będzie działał.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Tak już jest.
- Wspaniale. - powiedziałam sarkastycznie słuchając jak Gosia opowiada mi o szkole.
- W tej części są sypialnie, a tam skąd przyszłyśmy są klasy. - tłumaczyła - Stołówka jest na wprost wejścia głównego. Rozumiesz?
- Mhm. - westchnęłam.
     Przyprowadziła mnie pod drzwi z numerem 214.
- To tutaj. Jakby co mieszkam na parterze, pierwsze drzwi od lewej.
- Nie dostanę klucza? - zdziwiłam się.
- Oni ci dadzą! - krzyknęła za siebie schodząc na dół.
     Stanęłam jak wryta. Jacy oni? To znaczy, że mam z kimś dzielić pokój? Otworzyłam drzwi, ale nie ruszyłam się, ani o centymetr, nie wiedząc czy czasem nie pomyliłam pokoi. Przy stoliku siedzieli dwaj chłopacy i grali w karty. Spojrzeli na mnie.
- Hej blondyna! Co tak stoisz? - podszedł do mnie jeden z nich, pociągnął mnie i moje rzeczy do środka i zamknął drzwi. Miał ciemne włosy i przepiękne, czarne oczy. - Chyba nie zamierzasz cały dzień robić przeciągu, co? - zmierzył mnie wzrokiem.
- Sądząc po jej minie, albo się ciebie przestraszyła, albo uważa cie za wariata - odezwał się drugi, Popatrzyłam na niego - Pewnie myśli, że zaraz coś jej zrobisz.
     Nawet nie zauważył, że się mu przyglądam. Nie jest stąd - to pierwsze o czym pomyślałam. Miał ciemną karnację i czarne włosy. Nie widziałam dokładnie jego oczy, bo były częściowo przykryte przez włosy, ale wydawało mi się, że były jasne.
- Zapomniałaś jak się żyje? - zapytał pierwszy.
- Nie. Po prostu myślałam, że będę mieszkała sama.
- Ty patrz, ona jednak mówi. - powiedział do kolegi. - A można znać pani imię?
- Karina. A wy?
- Jestem Mateusz, a ten brzydki to Jacek. - uśmiechnął się po czym udał, że się kłania.
     Jacek przewrócił oczami.
- Będziesz się musiała przyzwyczaić do jego dziwnego stylu bycia. - stanął przed jakimiś drzwiami - Tu jest twój pokój. Drzwi obok to łazienka.
     Podziękowałam i poszłam się rozpakować. Po chwili uświadomiłam sobie jaka jestem przy nich niska. To mnie przeraziło! Kiedy się rozpakowałam omiotłam wzrokiem pokój. Może nie był tak fajny jak mój stary, ale wydawał się przytulny. Na biurku znalazłam plan. Okazało się, że mam jutro siedem lekcji. Wspaniale! Rozpakowywanie zajęło dużo czasu także kiedy skończyłam poszłam się umyć i po powrocie do pokoju od razu usnęłam.

Rozdział 1


Od razu na wstępie chcę powiedzieć, że to nie jest FanFiction. Po prostu mam pomysł na opowiadanie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Liczyłabym też na jakiś komentarz np. co mogę poprawić, czy wam się podoba. Z mojej strony to tyle. :)


I




     Siedziałam na łóżku i dalej nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Trzy dni temu rodzice powiedzieli mi, że wysyłają mnie do jakiejś nowej szkoły. Nie pamiętam jej nazwy, ani tego gdzie jest. Nie chciałam tego zapamiętać. Powiedzieli mi o tym najspokojniej w świecie. Uważają, że to lepiej zrobi mojej edukacji. Może i jest w tym trochę prawdy, ale ja myślę, że skorzystali po prostu z okazji. My, czyli ja, tato i mama mieszkamy w małym domku przy ulicy Słonecznej numer 15. Nie mamy tyle pieniędzy, żeby kupić większy dom, z resztą moi rodzice nawet tego nie chcą, bo nazywają ten "swoim miejscem na Ziemi". Słodko, ale kiedy jeszcze moi dwaj bracia mieszkali z nami to mieściliśmy się tutaj chyba tylko z łaski bożej. Starszy brat ma na imię Patryk i ma 21 lat. Bardzo dawno się z nim nie widziałam, ponieważ wyjechał do Anglii za pracą. Tylko raz na jakiś czas do nas dzwoni, ale i tak nigdy nie mogę porozmawiać z nim dłużej niż 5 minut, bo mama wyrywa mi słuchawkę od telefonu. Tak, naprawdę! W naszym domu jest telefon stacjonarny! Nigdy nie potrafiłam zrozumieć po co on nam. Dlaczego zamiast niego oni nie mogą sobie kupić komórek? Zawsze jak jesteśmy poza domem narzekają, że nie mogą się z nikim skontaktować, ale jak im o tym wspominam to zaprzeczają i mówią, że stacjonarny jest lepszy.Ach, ci moi rodzice. Mój drugi brat Krzysiek, który jest ode mnie starszy o rok przeprowadził się stosunkowo niedawno. Ma dom kilka miejscowości dalej i dzieli go z kolegą. Nigdy ich nie odwiedziłam, ale chyba bałabym się to zrobić, przypominając sobie jaki zawsze panował bałagan w pokoju moich braci. Za to Krzysiek często nas odwiedza, przez co dalej mogę z nim spędzać dużo czasu, chociaż nie tyle co kiedyś. Był i dalej jest moim największym wsparciem. Bardzo za nim tęsknię kiedy długo nie przyjeżdża. To właśnie od niego kilka miesięcy temu dowiedziałam się czegoś, co w przyszłości miało zmienić całe moje życie. "Mama jest w ciąży" - powiedział mi. Byłam przeszczęśliwa! Kilka dni po tym powiedzieli mi to samo rodzice. Udawałam zaskoczoną, bo nie chciałam, żeby zrobiło im się przykro. Cieszyłam się tą wiadomością, aż do środy kiedy to właśnie powiedzieli mi, że wysyłają mnie do tej szkoły. Powód jest taki: ja muszę chodzić do szkoły, więc mojej mamie nie będzie miał kto pomagać przy dziecku, dlatego wprowadza się do nas babcia, która musi zamieszkać w moim pokoju. Wspaniale, prawda? I dzięki mojemu nowemu braciszkowi muszę zostawić wszystkich moich przyjaciół i jechać do tej durnej szkoły. Krzysiek mnie pocieszał, mówił, ze dramatyzuję, ale kiedy spojrzałam na niego wzrokiem bazyliszka umilkł w połowie słowa. Głupio mi się zrobiło, ale go nie przeprosiłam. Niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie mogłam wytrzymać napięcia jakie było między nami. Palnęłam, że boli mnie głowa i poszłam do swojego pokoju. Przez to teraz Krzysiek co chwila do mnie puka i pyta czy wszystko ok, jednak odpuszcza nie słysząc mojej reakcji.
     Zaczęłam skubać zębami czubek paznokcia. Nie miałam pojęcia co mam ze sobą zabrać. Rozejrzałam się po pokoju. Na ziemi leżała duża sterta rzeczy, które muszę spakować. Jednak nie na nich się skupiłam. Klonowe biurko, wygodny fotel, miękkie łóżko, półka z książkami... Chciałam zapamiętać każdy detal mojego pokoju. On był mój od urodzenia. Tyle rzeczy się w nim wydarzyło, tyle wspomnień, tych dobrych jak i tych złych. Myśląc o tym wszystkim w moich oczach pojawiły się łzy. Nie mogłam opuścić tego pokoju, nie potrafiłam myśleć o tym, że kiedy nawet wrócę z tej szkoły na wakacje ten pokój nie będzie mój. Rozglądałam się dalej zagubionym wzrokiem po pokoju, gdy nagle coś przykuło moja uwagę. Była to książka. Podeszłam i wzięłam ją ją ręki, aby przeczytać tytuł i poczułam gulę w gardle. Była to powieść, którą dostałam od mojej najlepszej przyjaciółki Sandry. Wtedy już nie wytrzymałam i się rozpłakałam na dobre, Kiedy myślałam, że mam opuścić Sandrę moje życie traciło sens. Przyjaźniłyśmy się od czasu, kiedy to huśtałyśmy się razem na szkolnej huśtawce. To było ponad 10 lat temu! Nagle ktoś zapukał. To pewnie mój brat - pomyślałam. Nie mogłam go dłużej ignorować.
- Wejdź. - powiedziałam cicho.
     Kiedy zamknął drzwi spojrzałam na niego i zauważyłam, że wygląda inaczej. Na jego twarzy nie gościł wesoły uśmiech, który tak dobrze znam i kocham, a jego oczy wyraźnie straciły blask. Wyglądał jakby coś go trapiło.
- Coś się stało? - spytałam zanim zrozumiałam, że znam odpowiedź.
- Wyjeżdżasz...
- Wcale się nigdzie nie wybieram! - nie dałam mu dokończyć - Ja tego nawet nie chcę! Dlaczego nie spytali mnie o zdanie? Dlaczego podjęli decyzje beze mnie? Przecież to, gdzie chodzę do szkoły i to gdzie do niej chodzę dotyczy mojego życia, czyli to ja powinnam decydować o tym, a nie oni. Nie rozumiem tego. - usiadłam zdesperowana na dywan i po raz kolejny się rozpłakałam.
     Krzysiek, który do tej pory uważnie mnie słuchał, teraz usiadł obok i objął mnie ramieniem.
- Karina, nie możesz patrzeć na to z pesymistycznej strony.
- Właśnie, że mogę! - odburknęłam.
- Nie traktuj tego jak kary, rodzice na pewno nie chcieli, żebyś tak myślała - już chciałam mu znowu przerwać, ale nie pozwolił mi na to - Nie mów, że oni to zrobili specjalnie Karina, nie mieli wyjścia.
- Przecież mogę mieszkać z dzieckiem... lub z babcią.
- Może i byś mogła, ale byłoby to dużym problemem dla wszystkich. Rodzice by co chwila przychodzili do pokoju, żeby sprawdzić co z dzieckiem, przez co ty nie miałabyś prywatności. Za to wszystkie rzeczy dla niego musiały być u ciebie w pokoju, bo gdzie indziej nie ma na nie miejsca. A co do babci, na serio chciałabyś dzielić pokój ze starszą panią? - uśmiechnął się.
- No... Raczej nie, - po tych słowach po raz pierwszy od kilku dni lekko się roześmiałam w czym brat mi zawtórował - ale to nie znaczy, że już od razu muszą mnie wysyłać z dala od domu. - powiedziałam po uspokojeniu się - Przecież można rozbudować dom!
Wydawało mi się, że mój pomysł jest genialny, jednak zapomniałam o pewnej sprawie.
- Rodzice nie maja pieniędzy, żeby to zrobić, Uwierz mi, że gdyby mogli, to by to zrobili. - spojrzał na zegarek - Jest po 19. Powinienem się zbierać.
- Dlaczego? - zasmuciłam się - Myślałam, że zostajesz na noc.
- To miłe, że zrobiłaś mi miejsce do spania, - kiedy nie zrozumiałam o co chodzi kiwnął głową na wielką stertę ciuchów walających się na podłodze na co ja parsknęłam śmiechem - ale muszę jeszcze odwiedzić Agatę.
     Uśmiechnął się krzywo. Wiedziałam, że jeżeli jest umówiony z Agata to nawet nie ma co błagać. Pożegnałam się z nim w pokoju, ponieważ nie miałam ochoty widzieć się z rodzicami. W tym momencie byłam na nich strasznie zła. Patrzyłam przez okno jak Krzysiek odjeżdża i znika za najbliższym zakrętem. W pewnym sensie zazdrościłam mu, że ma własny dom, ale wiedziałam, że ja bym się na coś takiego nie zdobyła. Nie byłam na tyle odważna. Szczerze mówiąc w ogóle taka nie byłam. Natomiast byłam bardzo wstydliwa.
     Spoglądając nas stertę ubrań, wybrałam z niej moją ulubioną bluzę i wyszłam na dwór. Na zewnątrz robiło się coraz chłodniej chociaż byłam pewna, że temperatura nadal jest wysoka. Wolnym krokiem dotarłam do skrzyżowania i przeszłam na drugą stronę, po czym usiadłam na ławce przed parkiem.Wyjęłam z kieszeni telefon i spojrzałam na ekran. Żadnych wiadomości. Wybrałam więc numer Sandry mając nadzieję, że będzie miała ochotę gdzieś wyjść. Niestety odmówiła. Miałam wrażenie, że próbowała mnie spławić, zabolało. W tej chwili poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek indziej. Wystałam i nieświadomie ruszyłam w stronę tak dobrze znanej mi łąki. Aby tam dojść trzeba było wyjść poza miasto, było to około 10 minut drogi, Zawsze kiedy szłam tymi ulicami sama czy z kimś, podziwiałam te piękne domy. Dzisiaj nie zwracałam na nie uwagi. Nie zauważyłam nawet koleżanki machającej mi z ogrodu. Wszystko było mi obojętne. Czułam, że nikt i nic mnie nie rozumie. Znowu byłam bliska płaczu. Zaczęłam powili przyśpieszać, aż w końcu biegłam omijając kolejne budynki. Ten, kto mnie widział musiał myśleć, że mam coś nie tak z psychiką, ja jednak nie przejmowałam się tym. Biegłam zapłakana po łące, aż w końcu dotarłam do mojego ukochanego miejsca. Była to wierzba płacząca, której z drogi nie dało się zauważyć. Było to drzewko dość stare, którego gałęzie sięgały ziemi, przez co była wspaniałą kryjówką tym bardziej pod koniec sierpnia, kiedy to drzewo było pełne zielonych liści. to miejsce było dla mnie schronieniem, ucieczką od problemów. To tutaj niezależnie od pogody przychodziłam, gdy było mi źle. O tej kryjówce wiedziała tylko Sandra. To my ją znalazłyśmy kilka lat temu podczas spaceru.
     Siedziałam teraz pod drzewem użalając się nad sobą. Było mi bardzo źle. Byłam świadoma tego, że moi rodzice i brat mają rację, ale nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Wolałam czuć się niezrozumiana. Rozmyślałam o wszystkim nieświadoma tego jak szybko umyka mi czas.
     Do rzeczywistości przywrócił mnie dźwięk telefonu. Odebrałam. To była mama. Pytała się gdzie jestem i kazała natychmiast wracać. Cóż, tym razem wolałam nie dyskutować. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest już niedziela. Nawet nie wiem kiedy się ściemniło - pomyślałam. Przez całą drogę do domu wymyślałam wymówkę, co okazało się niepotrzebne. Mama zamiast na mnie nakrzyczeć to przytuliła mocno i dała kanapki. Skłamałam, że nie jestem głodna po czym bez przebrania się w piżamę padłam na łóżko. Długo nie potrafiłam usnąć, a nawet gdy później mi się to udało co chwilę się budziłam.
     Kiedy rano spojrzałam na godzinę nie mogłam w nią uwierzyć. Było po 11, a ja nawet się do końca nie spakowałam! Dlaczego mnie nie zbudzili? - myślałam co chwilę, gdy wkładałam odzież do torby. Miałam tyle szczęścia, że tylko ubrania musiałam pakować, reszta od wczoraj czekała w walizce. Nie potrafiłam się zdecydować, które ubrania mam wziąć. Chciałam wszystkie, ale zdawałam sobie sprawę, że się nie zmieszczą. Ktoś zapukał do drzwi akurat wtedy, gdy składałam ostatnią bluzkę. Spojrzałam na nie zdziwiona. Okazało się, że to mama przyniosła mi śniadanie. Chciałam na nią nakrzyczeć, ale powiedziałam tylko grzeczne "dziękuję". Może to dlatego, iż dostrzegłam w jej oczach smutek? Nie wiem. W tamtym momencie nie chciałam o tym myśleć. Jedyne czego potrzebowałam to prysznic. Przed wyjściem spojrzałam na moje śniadanie: 2 kanapki i parująca herbata. Nie jestem głodna - pomyślałam i wyszłam z pokoju.
     Po ponad 40 minutach wyszłam z łazienki i moich cieplutkich kapciach i szlafroku wróciłam do pokoju. Chcąc, nie chcąc musiałam zjeść to śniadanie, bo czułam coraz większy głód. Kanapki okazały się rewelacyjne! Herbata, chociaż zimna, nadal była wyśmienita. Wiedziałam, że jeżeli chcę zdążyć na pociąg to muszę się już zbierać lecz nie miałam na to ochoty. Dopiero, gdy tato mnie zawołał rzuciłam ostatnie spojrzenie na mój pokój i wyszłam do przedpokoju. Moi rodzice już tam na mnie czekali. Nie potrafiłam wyczytać z ich twarzy o czym myślą. Staliśmy w zupełnej ciszy, którą przerwał ojciec proponując mi odwiezienie na peron. Odmówiłam, ponieważ bałam się, że mogę zrobić coś głupiego. Z resztą byłoby mi wstyd! Po tym znowu zapadła cisza. Staliśmy tak nie wiedząc co powiedzieć.
- Ja... Hm... - odezwałam się w końcu - Jeżeli chcę zdarzyć to muszę już wychodzić, więc... no... cześć.
     Nasze pożegnanie było dość dziwne. Rodzice nie odezwali się do mnie słowem tylko... nie wiem jak to określić. Jest coś pomiędzy przytuleniem, a poklepaniem po plecach? Mniejsza z tym. Po pożegnaniu, które na mój gust trwało za długo wyszłam na ulicę. Spojrzałam po raz ostatnie za siebie i ruszyłam ulicą na peron.