Od razu na wstępie chcę powiedzieć, że to nie jest FanFiction. Po prostu mam pomysł na opowiadanie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Liczyłabym też na jakiś komentarz np. co mogę poprawić, czy wam się podoba. Z mojej strony to tyle. :)
I
Od razu na wstępie chcę powiedzieć, że to nie jest FanFiction. Po prostu mam pomysł na opowiadanie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Liczyłabym też na jakiś komentarz np. co mogę poprawić, czy wam się podoba. Z mojej strony to tyle. :)
Siedziałam na łóżku i dalej nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Trzy dni temu rodzice powiedzieli mi, że wysyłają mnie do jakiejś nowej szkoły. Nie pamiętam jej nazwy, ani tego gdzie jest. Nie chciałam tego zapamiętać. Powiedzieli mi o tym najspokojniej w świecie. Uważają, że to lepiej zrobi mojej edukacji. Może i jest w tym trochę prawdy, ale ja myślę, że skorzystali po prostu z okazji. My, czyli ja, tato i mama mieszkamy w małym domku przy ulicy Słonecznej numer 15. Nie mamy tyle pieniędzy, żeby kupić większy dom, z resztą moi rodzice nawet tego nie chcą, bo nazywają ten "swoim miejscem na Ziemi". Słodko, ale kiedy jeszcze moi dwaj bracia mieszkali z nami to mieściliśmy się tutaj chyba tylko z łaski bożej. Starszy brat ma na imię Patryk i ma 21 lat. Bardzo dawno się z nim nie widziałam, ponieważ wyjechał do Anglii za pracą. Tylko raz na jakiś czas do nas dzwoni, ale i tak nigdy nie mogę porozmawiać z nim dłużej niż 5 minut, bo mama wyrywa mi słuchawkę od telefonu. Tak, naprawdę! W naszym domu jest telefon stacjonarny! Nigdy nie potrafiłam zrozumieć po co on nam. Dlaczego zamiast niego oni nie mogą sobie kupić komórek? Zawsze jak jesteśmy poza domem narzekają, że nie mogą się z nikim skontaktować, ale jak im o tym wspominam to zaprzeczają i mówią, że stacjonarny jest lepszy.Ach, ci moi rodzice. Mój drugi brat Krzysiek, który jest ode mnie starszy o rok przeprowadził się stosunkowo niedawno. Ma dom kilka miejscowości dalej i dzieli go z kolegą. Nigdy ich nie odwiedziłam, ale chyba bałabym się to zrobić, przypominając sobie jaki zawsze panował bałagan w pokoju moich braci. Za to Krzysiek często nas odwiedza, przez co dalej mogę z nim spędzać dużo czasu, chociaż nie tyle co kiedyś. Był i dalej jest moim największym wsparciem. Bardzo za nim tęsknię kiedy długo nie przyjeżdża. To właśnie od niego kilka miesięcy temu dowiedziałam się czegoś, co w przyszłości miało zmienić całe moje życie. "Mama jest w ciąży" - powiedział mi. Byłam przeszczęśliwa! Kilka dni po tym powiedzieli mi to samo rodzice. Udawałam zaskoczoną, bo nie chciałam, żeby zrobiło im się przykro. Cieszyłam się tą wiadomością, aż do środy kiedy to właśnie powiedzieli mi, że wysyłają mnie do tej szkoły. Powód jest taki: ja muszę chodzić do szkoły, więc mojej mamie nie będzie miał kto pomagać przy dziecku, dlatego wprowadza się do nas babcia, która musi zamieszkać w moim pokoju. Wspaniale, prawda? I dzięki mojemu nowemu braciszkowi muszę zostawić wszystkich moich przyjaciół i jechać do tej durnej szkoły. Krzysiek mnie pocieszał, mówił, ze dramatyzuję, ale kiedy spojrzałam na niego wzrokiem bazyliszka umilkł w połowie słowa. Głupio mi się zrobiło, ale go nie przeprosiłam. Niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie mogłam wytrzymać napięcia jakie było między nami. Palnęłam, że boli mnie głowa i poszłam do swojego pokoju. Przez to teraz Krzysiek co chwila do mnie puka i pyta czy wszystko ok, jednak odpuszcza nie słysząc mojej reakcji.
Zaczęłam skubać zębami czubek paznokcia. Nie miałam pojęcia co mam ze sobą zabrać. Rozejrzałam się po pokoju. Na ziemi leżała duża sterta rzeczy, które muszę spakować. Jednak nie na nich się skupiłam. Klonowe biurko, wygodny fotel, miękkie łóżko, półka z książkami... Chciałam zapamiętać każdy detal mojego pokoju. On był mój od urodzenia. Tyle rzeczy się w nim wydarzyło, tyle wspomnień, tych dobrych jak i tych złych. Myśląc o tym wszystkim w moich oczach pojawiły się łzy. Nie mogłam opuścić tego pokoju, nie potrafiłam myśleć o tym, że kiedy nawet wrócę z tej szkoły na wakacje ten pokój nie będzie mój. Rozglądałam się dalej zagubionym wzrokiem po pokoju, gdy nagle coś przykuło moja uwagę. Była to książka. Podeszłam i wzięłam ją ją ręki, aby przeczytać tytuł i poczułam gulę w gardle. Była to powieść, którą dostałam od mojej najlepszej przyjaciółki Sandry. Wtedy już nie wytrzymałam i się rozpłakałam na dobre, Kiedy myślałam, że mam opuścić Sandrę moje życie traciło sens. Przyjaźniłyśmy się od czasu, kiedy to huśtałyśmy się razem na szkolnej huśtawce. To było ponad 10 lat temu! Nagle ktoś zapukał. To pewnie mój brat - pomyślałam. Nie mogłam go dłużej ignorować.
- Wejdź. - powiedziałam cicho.
Kiedy zamknął drzwi spojrzałam na niego i zauważyłam, że wygląda inaczej. Na jego twarzy nie gościł wesoły uśmiech, który tak dobrze znam i kocham, a jego oczy wyraźnie straciły blask. Wyglądał jakby coś go trapiło.
- Coś się stało? - spytałam zanim zrozumiałam, że znam odpowiedź.
- Wyjeżdżasz...
- Wcale się nigdzie nie wybieram! - nie dałam mu dokończyć - Ja tego nawet nie chcę! Dlaczego nie spytali mnie o zdanie? Dlaczego podjęli decyzje beze mnie? Przecież to, gdzie chodzę do szkoły i to gdzie do niej chodzę dotyczy mojego życia, czyli to ja powinnam decydować o tym, a nie oni. Nie rozumiem tego. - usiadłam zdesperowana na dywan i po raz kolejny się rozpłakałam.
Krzysiek, który do tej pory uważnie mnie słuchał, teraz usiadł obok i objął mnie ramieniem.
- Karina, nie możesz patrzeć na to z pesymistycznej strony.
- Właśnie, że mogę! - odburknęłam.
- Nie traktuj tego jak kary, rodzice na pewno nie chcieli, żebyś tak myślała - już chciałam mu znowu przerwać, ale nie pozwolił mi na to - Nie mów, że oni to zrobili specjalnie Karina, nie mieli wyjścia.
- Przecież mogę mieszkać z dzieckiem... lub z babcią.
- Może i byś mogła, ale byłoby to dużym problemem dla wszystkich. Rodzice by co chwila przychodzili do pokoju, żeby sprawdzić co z dzieckiem, przez co ty nie miałabyś prywatności. Za to wszystkie rzeczy dla niego musiały być u ciebie w pokoju, bo gdzie indziej nie ma na nie miejsca. A co do babci, na serio chciałabyś dzielić pokój ze starszą panią? - uśmiechnął się.
- No... Raczej nie, - po tych słowach po raz pierwszy od kilku dni lekko się roześmiałam w czym brat mi zawtórował - ale to nie znaczy, że już od razu muszą mnie wysyłać z dala od domu. - powiedziałam po uspokojeniu się - Przecież można rozbudować dom!
Wydawało mi się, że mój pomysł jest genialny, jednak zapomniałam o pewnej sprawie.
- Rodzice nie maja pieniędzy, żeby to zrobić, Uwierz mi, że gdyby mogli, to by to zrobili. - spojrzał na zegarek - Jest po 19. Powinienem się zbierać.
- Dlaczego? - zasmuciłam się - Myślałam, że zostajesz na noc.
- To miłe, że zrobiłaś mi miejsce do spania, - kiedy nie zrozumiałam o co chodzi kiwnął głową na wielką stertę ciuchów walających się na podłodze na co ja parsknęłam śmiechem - ale muszę jeszcze odwiedzić Agatę.
Uśmiechnął się krzywo. Wiedziałam, że jeżeli jest umówiony z Agata to nawet nie ma co błagać. Pożegnałam się z nim w pokoju, ponieważ nie miałam ochoty widzieć się z rodzicami. W tym momencie byłam na nich strasznie zła. Patrzyłam przez okno jak Krzysiek odjeżdża i znika za najbliższym zakrętem. W pewnym sensie zazdrościłam mu, że ma własny dom, ale wiedziałam, że ja bym się na coś takiego nie zdobyła. Nie byłam na tyle odważna. Szczerze mówiąc w ogóle taka nie byłam. Natomiast byłam bardzo wstydliwa.
Spoglądając nas stertę ubrań, wybrałam z niej moją ulubioną bluzę i wyszłam na dwór. Na zewnątrz robiło się coraz chłodniej chociaż byłam pewna, że temperatura nadal jest wysoka. Wolnym krokiem dotarłam do skrzyżowania i przeszłam na drugą stronę, po czym usiadłam na ławce przed parkiem.Wyjęłam z kieszeni telefon i spojrzałam na ekran. Żadnych wiadomości. Wybrałam więc numer Sandry mając nadzieję, że będzie miała ochotę gdzieś wyjść. Niestety odmówiła. Miałam wrażenie, że próbowała mnie spławić, zabolało. W tej chwili poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek indziej. Wystałam i nieświadomie ruszyłam w stronę tak dobrze znanej mi łąki. Aby tam dojść trzeba było wyjść poza miasto, było to około 10 minut drogi, Zawsze kiedy szłam tymi ulicami sama czy z kimś, podziwiałam te piękne domy. Dzisiaj nie zwracałam na nie uwagi. Nie zauważyłam nawet koleżanki machającej mi z ogrodu. Wszystko było mi obojętne. Czułam, że nikt i nic mnie nie rozumie. Znowu byłam bliska płaczu. Zaczęłam powili przyśpieszać, aż w końcu biegłam omijając kolejne budynki. Ten, kto mnie widział musiał myśleć, że mam coś nie tak z psychiką, ja jednak nie przejmowałam się tym. Biegłam zapłakana po łące, aż w końcu dotarłam do mojego ukochanego miejsca. Była to wierzba płacząca, której z drogi nie dało się zauważyć. Było to drzewko dość stare, którego gałęzie sięgały ziemi, przez co była wspaniałą kryjówką tym bardziej pod koniec sierpnia, kiedy to drzewo było pełne zielonych liści. to miejsce było dla mnie schronieniem, ucieczką od problemów. To tutaj niezależnie od pogody przychodziłam, gdy było mi źle. O tej kryjówce wiedziała tylko Sandra. To my ją znalazłyśmy kilka lat temu podczas spaceru.
Siedziałam teraz pod drzewem użalając się nad sobą. Było mi bardzo źle. Byłam świadoma tego, że moi rodzice i brat mają rację, ale nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Wolałam czuć się niezrozumiana. Rozmyślałam o wszystkim nieświadoma tego jak szybko umyka mi czas.
Do rzeczywistości przywrócił mnie dźwięk telefonu. Odebrałam. To była mama. Pytała się gdzie jestem i kazała natychmiast wracać. Cóż, tym razem wolałam nie dyskutować. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest już niedziela. Nawet nie wiem kiedy się ściemniło - pomyślałam. Przez całą drogę do domu wymyślałam wymówkę, co okazało się niepotrzebne. Mama zamiast na mnie nakrzyczeć to przytuliła mocno i dała kanapki. Skłamałam, że nie jestem głodna po czym bez przebrania się w piżamę padłam na łóżko. Długo nie potrafiłam usnąć, a nawet gdy później mi się to udało co chwilę się budziłam.
Kiedy rano spojrzałam na godzinę nie mogłam w nią uwierzyć. Było po 11, a ja nawet się do końca nie spakowałam! Dlaczego mnie nie zbudzili? - myślałam co chwilę, gdy wkładałam odzież do torby. Miałam tyle szczęścia, że tylko ubrania musiałam pakować, reszta od wczoraj czekała w walizce. Nie potrafiłam się zdecydować, które ubrania mam wziąć. Chciałam wszystkie, ale zdawałam sobie sprawę, że się nie zmieszczą. Ktoś zapukał do drzwi akurat wtedy, gdy składałam ostatnią bluzkę. Spojrzałam na nie zdziwiona. Okazało się, że to mama przyniosła mi śniadanie. Chciałam na nią nakrzyczeć, ale powiedziałam tylko grzeczne "dziękuję". Może to dlatego, iż dostrzegłam w jej oczach smutek? Nie wiem. W tamtym momencie nie chciałam o tym myśleć. Jedyne czego potrzebowałam to prysznic. Przed wyjściem spojrzałam na moje śniadanie: 2 kanapki i parująca herbata. Nie jestem głodna - pomyślałam i wyszłam z pokoju.
Po ponad 40 minutach wyszłam z łazienki i moich cieplutkich kapciach i szlafroku wróciłam do pokoju. Chcąc, nie chcąc musiałam zjeść to śniadanie, bo czułam coraz większy głód. Kanapki okazały się rewelacyjne! Herbata, chociaż zimna, nadal była wyśmienita. Wiedziałam, że jeżeli chcę zdążyć na pociąg to muszę się już zbierać lecz nie miałam na to ochoty. Dopiero, gdy tato mnie zawołał rzuciłam ostatnie spojrzenie na mój pokój i wyszłam do przedpokoju. Moi rodzice już tam na mnie czekali. Nie potrafiłam wyczytać z ich twarzy o czym myślą. Staliśmy w zupełnej ciszy, którą przerwał ojciec proponując mi odwiezienie na peron. Odmówiłam, ponieważ bałam się, że mogę zrobić coś głupiego. Z resztą byłoby mi wstyd! Po tym znowu zapadła cisza. Staliśmy tak nie wiedząc co powiedzieć.
- Ja... Hm... - odezwałam się w końcu - Jeżeli chcę zdarzyć to muszę już wychodzić, więc... no... cześć.
Nasze pożegnanie było dość dziwne. Rodzice nie odezwali się do mnie słowem tylko... nie wiem jak to określić. Jest coś pomiędzy przytuleniem, a poklepaniem po plecach? Mniejsza z tym. Po pożegnaniu, które na mój gust trwało za długo wyszłam na ulicę. Spojrzałam po raz ostatnie za siebie i ruszyłam ulicą na peron.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz